Jestem już po wizycie, miało się odbyć początkowo w styczniu, ale się rozchorowałem wiec musiałem przesunąć na luty. Wiem, jest marzec ale jakoś nie miałem ochoty od razu przedstawiać sytuacji. Wolałem się na spokojnie zastanowić.
Dodam jeszcze, że jako lekarz u którego byłe, ponieważ nazwisko padło, wydaje mi się on być porządnym lekarzem. Ma podejście, stara się to widać, odpowiada na pytanie i bierze sprawę poważnie. Także, jeżeli o mnie chodzi gościu spoko, lecz problem z jakim przychodzę wygląda na jakieś tabu czy jak kto to woli nazwać.
Lekarz stwierdził, że wszystko się zagoiło bardzo dobrze a moje wrażenie przesadnej resekcji prącia, zmiany kształtu czy pogorszeniu doznań to "Dysmorfofobia" więc pozostaje udać się do psychologa i temat omówić. Czyli właściwie to moja wina i to ja miałbym się leczyć, ale wspominałem panu, że "linijka nie kłamie", wiem o czym mówię mierzyłem dla pewności przed a następnie po. Dodał, że zbyt duża resekcja nie jest możliwa.
W sumie nie dziwie się lekarzowi jak miałby sprawdzić te fakty, zdjęcie go nie przekonało i moje słowa też nię.
Konkluzja, zostaje mi uprawiać szarlatańskie modły rozciągania prącia, może to przynajmniej pozwoli wrócić do właściwego rozmiaru i przynajmniej jeden problem rozwiązać. Doznań już nie odzyskam, ucięto bardzo dużo skóry, były tam receptory odpowiedzialne za wrażliwość, już nie wrócą. Jak dla mnie zabieg to był po prostu błąd, wolałbym żyć z tą lekką stulejką niż doprowadzić to tego "downgradu". Więcej straciłem niż zyskałem. Wychodzi na to, że dałem wiarę w te eufemizmy o tym, że nic się nie zmienia, zabieg nie pogarsza doznań i tralalalala, wiecie o co chodzi.